Nowa książka (Jan Feliks Bogucki)

Ewa Maria Slaska

Kassel

Jak w każdej rodzinie, tak i u Boguckich, mnóstwo faktów zostało zapomnianych, celowo wykreślonych z rodzinnej pamięci, przeinaczonych i dopowiedzianych, a też po prostu wymyślonych. Jednym z nich jest historia z oflagiem, w którym przebywał w Niemczech Dziadek Bogucki. Gdzieś ktoś ma rysunki dziadka z oflagu z podpisem, że to oflag w Kassel. Nie wiem kto, nie wiem gdzie, raz je w życiu widziałam. No i w tej internetowej notce jest też ta informacja.


Ale sprawdzam historię i kartotekę oflagu w Kassel. Nic. Piszę do Centralnego Biura Archiwizacji wszystkich niemieckich obozów, oflagów i stalagów w Bad Arolsen z pytaniem, czy mają gdziekolwiek w rejestrach Jana Feliksa Boguckiego. Nigdy nie przychodzi odpowiedź. Po roku czy dwóch ponawiam pytanie. Nic. A tymczasem ktoś, praktykant czy sztuczna inteligencja uzupełnił kartoteki archiwum w Bad Arolsen i proszę jest Jan Feliks Bogucki „jak żywy”, imię, nazwisko, mistrz malarski, mieszkał w Warszawie, ba są informacje, których chyba nigdy nie było, ojciec Jana Feliksa nazywał się Celestyn Bogucki, mama – Stanisława z domu Budzińska. Jan Feliks urodził się 24 czerwca 1890 roku – w noc świętojańską, dlatego Jan. Urodził się w Prablicach w województwie kieleckim.

Dane w Bad Arolsen są przejęte z Kassel #54/0 Team 77.

To formularz angielskojęzyczny, dlatego „team”. Grupa? Transport?

Inną ciekawostką są 2 rubryczki koło literki M (male) – obie zaznaczone iksem: single i married.

Ale po prawdzie tak właśnie było. Dziadek i babcia nie byli rozwiedzeni, ale przed wojną nie mieszkali razem. W każdym razie Dziadek kiedyś zniknął, zapewne po spłodzeniu, a może nawet urodzinach najmłodszego syna Andrzeja.

W każdym razie – w styczniu 1938 roku mieszkał w Warszawie i z punktu rejestracji zamierzał się udać do Warszawy.
Angielscy urzędnicy w Assembly Center No. Dp 54 pisali Warszawa, mimo że kraj nazywał się Poland. Zresztą może w ośrodku pracował jakiś Polak lub Polka, która nazywała się Kamyszek. Jan Feliks został zarejestrowany 6 lipca 1945 roku. 18 października odjechał do Polski.

Mówił po polsku, francusku i rosyjsku. Niemieckiego nie podał, choć w obozie pewnie się trochę nauczył i niemieckiego. Ale może w rubryczce było tylko miejsce na trzy języki.

W rubryce zawód napisał „majster malarski. I u Niemca, od którego wyjeżdżał, i u Sowieta, do którego jechał, mistrz malarski, rzemieślnik był bezpieczniejszy niż artysta malarz.

Ale czy to aby na pewno on? Ten się urodził w roku 1890, a o naszym skądś wiadomo, że w roku 1886.

Choć z drugiej strony wiem, ile tak naprawdę są warte dane archiwalne, te wszystkie metryki, świadectwa chrztu, pracy lub ukończenia szkoły. Wszystko przekręcone, pogubione, źle zinterpretowane, a przede wszystkim po prostu sfałszowane. Jedna rodzina potrafi mieć w archiwach, ale też na grobach trzy lub cztery pisownie swojego nazwiska i sfałszowane daty urodzenia i śmierci. Podczas wojny lepiej było być młodszym i to odmładzanie się nie miało znaczenia kokieteryjnego. Dziecko poniżej 13 roku życia nie musiało podczas okupacji iść do pracy, z kolei starszy człowiek na rampie obozu mógł być od razu skierowany na śmierć, podczas gdy młodszy mógł się jeszcze nadawać do pracy. A jak chcesz przeżyć, każdy rok, miesiąc i dzień się liczy. Bo może zdarzyć się cud, bo przyjdzie wyzwolenie, bo nadarzy się okazja do ucieczki. To nawet nie głowa w tych sprawach decyduje, to instynkt i los. Na rampie w obozie podaję, że urodziłam się w roku 1932, mimo że był to rok 1923, ale cyfry po niemiecku tak łatwo przekręcić. Albo mówię nawet prawdę, a cyfry przekręca rejestrujący mnie więzień Polak. Celowo, żeby mi pomóc, czy ze zmęczenia lub stressu. A jestem mała i traktuje się mnie jeszcze jak dziecko, albo wyrośnięta nad wiek i zaklasyfikowana jako dorosła.

Czy więc rok urodzenia Jana Feliksa Boguckiego, zapisany w Ośrodku dla Dipisów w Kassel, jest prawdziwy, sfałszowany, czy pomylony?

W Kassel było kilkanaście ośrodków dla dipisów. Czy mogło być ich dwóch, Janów Feliksów Boguckich, malarzy, jeden pokojowy, a drugi sztalugowy? Czy też Międzynarodowa Służba Poszukiwań pomyliła ich obu i dlatego my teraz wszyscy myślimy, że dziadek był w Kassel, a może był zupełnie gdzie indziej?

Mogłoby się wydawać, że to wszystko jest niemożliwe, ale jak byłam w podstawówce, we Wrzeszczu na sąsiedniej ulicy też mieszkała Ewa Bogucka i miała dwa ciemne warkocze. Moje były bardziej rude. Poza tym miałam piegi, a ona, jeśli dobrze pamiętam, nie. Ale to naprawdę nieistotne szczegóły. Byłyśmy rówieśniczkami. Ja byłam córką Dariusza, ona Stanisława, nasi ojcowie pracowali na Politechnice Gdańskiej, jak więc poszłyśmy do tej samej szkoły, można się było pomylić i zapisać ją jako mnie, a mnie jako ją. I tak byśmy były na wieki wieków w archiwum, gdzie przechowuje się akta naszej szkoły nr 17 w Gdańsku Wrzeszczu. Może zresztą do dziś jesteśmy tam pomylone. Albo po prostu pomylone.

W książce telefonicznej Warszawy na rok 1938 jest tylko jeden Jan Bogucki, m. Mieszkał na ulicy Trębackiej 4. Owo „m.” oznacza, że to było mieszkanie. Przed wojną była to tzw. kamienica Scheiblera wybudowana w roku 1886. Podczas wojny zniszczona, po wojnie odbudowana, ale już inaczej.

W roku 1921 (styczeń / luty) odbyła się w Zachęcie wystawa „Sztuka i kultura polska na Litwie i Rusi” zorganizowana przez Wydział Zabytków Towarzystwa Straży Kresowej, która przybliżała polskie dziedzictwo artystyczne dawnych kresów wschodnich. Wystawa miała za cel pokazanie bogactwa polskiej kultury, sztuki i zabytków z terenów dawnej Litwy i Rusi. Wydano specjalne przewodniki oraz afisze i plakaty (m.in. projektu Jana Feliksa Boguckiego).

Trudno coś znaleźć. Na portalu alamy, handlującym zdjęciami, trafiam na projekt witrażu. Dziadek przedstawił na nim św. Huberta, patrona myśliwych. Hubert klęczy na pierwszym planie, widzimy go od tyłu, jest duży i masywny. Z tła patrzy na widza głowa jelenia z krzyżem między rogami. To o ten krzyż chodzi. W interpretacji dziadka święty jest patronem herbu Krzywda – gdzie w podkowie krzyż cały, a u góry jeszcze pół. Cały krzyż w podkowie to herb Lubiczów. Ale my mamy jeszcze pół.

Zobacz tu: https://pl.wikipedia.org/wiki/Krzywda_(herb_szlachecki)

To herb Boguckich. Boguckich i wielu innych. Legenda rodzinna głosi, że ta dodatkowa połówka krzyża to nagroda od króla za majątek zagrabiony przez brata. Ale jaki król, jaki brat, jaki majątek? Nic nie wiadomo. Tylko tyle wiadomo, że krzywda.

I że podobno nieprawda.




17 września 1939 – nowa wersja wpisu po 10 latach

10 lat temu Tomasz Fetzki przygotował na 17 września wpis, który dziś proponuje w nieco zmienionej wersji:

Nieprzeliczone dzieci Soso

Jacek Kaczmarski tworzył trzy rodzaje utworów: dobre, bardzo dobre i wybitne (to, czego w ostatnich latach dowiedzieliśmy się na temat jego życia prywatnego, na ocenę twórczości nie wpływa). Pieśń, której za chwilę, Gościu, wysłuchasz, plasuje się gdzieś między drugą a trzecią kategorią. Co jest tym bardziej wyczynem, że powstała w konwencji doraźnej publicystyki, a właściwie – tępej propagandy. Utwór mógłby się obejść bez słowa komentarza z mojej strony, a i tak ciary by Cię, drogi Słuchaczu, przeszły we wszystkich kierunkach.

Continue reading “17 września 1939 – nowa wersja wpisu po 10 latach”

Z Polkopedii: Maria Czapska

Ewa Maria Slaska

Latem 2021 roku Konrad Kozaczek i ja stworzyliśmy Polkopedię, funkcjonującą online Encyklopedię Polek Za Granicą. Dodam tu od razu dwa ograniczenia – interesują nas Polki, które żyły i działały poza Polską, te, które były i odeszły. Oczywiście nie oznacza to, że nie doceniamy Polek w Polsce, ani na całym świecie, tych, które szczęśliwie wciąż jeszcze żyją. Ale gdybyśmy nie wprowadzili takich ograniczeń, projekt okazałby się niemożliwy do zrealizowania. Przyznajmy się zresztą – i tak nas przerasta.
Zasadniczo chcemy zapisywać / zatrzymywać pamięć o kobietach mniej znanych, ale i dla tych sławnych musi się znaleźć miejsce, ponieważ bez nich obraz tego, gdzie i jak angażowały się Polki za granicą, będzie niepełny.

Ale nie chcemy tu imitować ani tym bardziej kopiować wpisów z Wikipedii! Bardzo nam zależy na Waszym osobistym spojrzeniu na kobietę, o której będziecie pisały i pisali.

Zapraszamy do współpracy, nadsyłania nam materiałów bądź gotowych wpisów o Polkach, które żyły i działały poza granicami Polski.

Uwaga, nie mamy zasobów finansowych, sponsorów ani reklam. Nie zarabiamy na projekcie i w związku z tym z reguły nie możemy nikomu płacić, choć kilka razy się zdarzyło, że ktoś, instytucja lub człowiek, dał nam jakieś pieniądze i wtedy płaciliśmy skromne honoraria. Ale na razie nic takiego się nie zapowiada. Mimo to, a może właśnie dlatego mówimy – piszcie!

Aby Was zachęcić do współpracy, przez kilka następnych wtorków będę tu publikowała wpisy z Polkopedii, które są naszym oryginalnym spojrzeniem na protagonistkę wpisu. Zaczynam, jakże nieskromnie, od własnego wpisu. Stworzyłam go dwa tygodnie temu i stawiam w nim pytanie, na które szukam odpowiedzi. Komentujcie, proszę!

Continue reading “Z Polkopedii: Maria Czapska”

Pani Hedwig

Anna Janko

Przychodziłam do niej dwa razy w tygodniu przez całą jesień. To były moje harcerskie dyżury. Miałam 12 lat, byłam w jakiejś sekcji pomocowej, więc w każdy wtorek i każdy czwartek o piątej po południu wspinałam się po wysokich schodach starej poniemieckiej kamienicy na ulicy Traugutta do tej jej klitki na czwartym piętrze. Kocie szczyny śmierdziały wniebogłosy od piwnic po dach, a cementowe stopnie były zdeptane tak, że aż przeświecało zatopione w nich żelazne zbrojenie, wzmacniające konstrukcję. Po ścianach szły razem ze mną niebieskie kafelki, poobtłukiwane, szczerbate, a gdzie niegdzie łatane brązowymi plombami, albo i nie łatane, tylko samą zaprawą przetarte. Chwytałam się drewnianej, wyślizganej poręczy i wciągałam się, krok za krokiem, niespieszne, bo wcale nie pędziłam radośnie ku temu czwartemu piętru, żaden harcerski entuzjazm mnie do pani Hedwig nie gnał. Coś innego mnie tam pchało, coś, czego nie pojmowałam: atmosfera jakiejś bezcelowości, która panowała w jej mieszkaniu, nastrój cierpliwego czekania nie wiadomo na co, jak na nieczynnej stacji kolejowej, zapach rozpadu pogłębiany optycznie przez jednostajną niemoc czterdziestowatowej żarówki. Nauczyłam się pokonywać wstręt, który mnie ogarniał na progu pod wpływem zapachu pleśni, octu i naftaliny. To wszystko było pociągające jak dla szczenięcia obwąchiwanie padliny. Cofało mnie, ale wracałam regularnie i wdychałam te miazmaty. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to, co jest nieuniknione, nawet jeśli straszne, może zamienić się po pewnym czasie w oczekiwane, aż wreszcie zaczynamy tego jednoznacznie chcieć.

Continue reading “Pani Hedwig”

Listy o kolei

Kasia Krenz

W Portugalii stacje kolejowe wciąż kryją w sobie dawną magię wyruszania w świat. Przywołują to wszystko, czego współczesne samochody już nie dają, ponieważ są zbyt… łatwe. Dostępne. Dlatego, chociaż i my również większość podróży odbywamy samochodem, ja nadal lubię zaglądać na stacje kolejowe, by poczuć tę zapomnianą atmosferę. Robię to również z poczucia reporterskiego obowiązku: w ostatnich latach w Portugalii wiele stacji poddaje się gruntownym remontom, i niestety równie wiele się zamyka, w związku z likwidacją coraz większej liczby połączeń. Pewnego dnia znikną ostatnie stare „stacyjki” z charakterem.

Continue reading “Listy o kolei”

Łucja o cierpieniu (4)

Łucja Fice

O SAMOTNOŚCI

Od momentu, kiedy zostałam wdową, każdy rok powiększa tę pustynię SAMOTNOŚCI.

Czas nie leczy ran. Uczucie w bycie samotnym zwiększa się, a nie maleje. To takie bycie samotnym w byciu, to miejsce na świadomość, która styka się ze światem wewnętrznym. Czas na dojrzewanie bez żadnej konkurencji. Ta pustynia samotności to miejsce styku bytu i niebytu, pełni i pustki, dojrzewania i spadania. Samotność pozbawia siebie, ale też wzmacnia poczucie własnej obecności i sprawia, że czuję się na świecie nie tylko pojedyncza. Choć często przebywam w zgiełku, w tumulcie miasta, tej kakofonii dźwięków, to i tak przebywam w strefie samotności, tej izolacji, dzięki której buduję własny mikrokosmos, świat sprowadzony do myśli.

Continue reading “Łucja o cierpieniu (4)”

Franz von Stuck

Ewa Maria Slaska

Moi drodzy Berlińczycy, wszyscy pewnie prędzej czy później dotrzecie do Starej Galerii Narodowej, żeby obejrzeć wystawę 8 polskich obrazów z warszawskiego Muzeum Narodowego i pokazać ją dzieciom, wnukom, gościom oraz wszystkim innym Krewnym-i-Znajomym-Królika. A wtedy pójdźcie dalej, aż dojdziecie do sali, w której wystawione są obrazy Franza von Stucka, a niektórzy z Was może po raz pierwszy uświadomią sobie, że istnieje taki malarz niemiecki i że jest dobry!

Polska Wikipedia go odnotowuje, ale nic więcej.

Continue reading “Franz von Stuck”